Stracone marzenie
- Jesteś
idiotą - powiedział. Zgodziłem się z nim. Zaprzepaściłem swoją szansę na
szczęście. Mój prywatny demon przysłuchiwał się moim myślom… Leżałem na łóżku w
swoim pokoju i myślałem co zrobiłem nie tak.
-Zamierzasz
się nad sobą użalać? Ruszyłbyś się do roboty, a nie rozpaczał. Myślę, że moje
przeklinanie i wyzywanie cię tylko
pogłębią twoją depresję – rzekł.
-
Zostaw mnie – jęknąłem. Wyglądałem żałośnie. Trup, można powiedzieć. Podkrążone
oczy, blada skóra i ogień szaleńca w
oczach. Kochałem ją. On nie zdawał sobie nawet sprawy jak bardzo. Belzebub z
dezaprobatą pokręcił głową.
Znowu
widziałem ją w szkole. Wesoła, inteligentna, oczytana. Mam nadzieję, że ją taką
zapamiętam. Może ona nie zapomni o mnie. Nie mam złudzeń, już dawno nauczyłem
się, że nadzieja i złudzenia są złe. Dają mi tylko ból i smutek. Jestem
pesymistą z powołania. Mnóstwo ludzi próbowało mnie zmienić, przyjaciółki,
koledzy. Nazywają mnie dziwakiem i mówią, że jestem szalony. Nie wiem z jakiego
powodu. Tak jakoś się przyjęło.
-
Znowu to zrobiłeś… - będzie mi to tak wypominał. Znam go, jest moim jedynym
prawdziwym przyjacielem. Mój prywatny demon… śmiesznie brzmi, ale takie nie
jest. Wyobraź sobie przystojnego, inteligentnego i wrednego chłopca w
garniturze, a do tego fiołkowe oczy... Dziwne, prawda? Chłopiec w garniturze… coś się
nie zgadza. Taki ma styl. Nie wykreowałem go, nie jest moim wyobrażeniem. Po
prostu kiedyś się pojawił. Miałem głęboką depresję i nie wiedziałem, co ze sobą
zrobić… na nic nie miałem ochoty, ani siły. Pojawił się nagle, bez efektów
specjalnych. Po prostu nagle stał przede mną równie zdziwiony co ja.
- Więc
to ty jesteś moim nowym podopiecznym… witaj. Nazywam się Belzebub. Będę twoim
nauczycielem, co nie zmienia faktu, że jestem demonem. Wcale nie jesteśmy takie
jakimi przedstawiają nas ludzie. Wiem, że ciężko ci w to uwierzyć, ale anielska
propaganda zrobiła swoje – tu skrzywił się z pogardą – tak naprawdę to my
staramy się wam pomagać, a nie anioły. To straszne dupki i gogusie, wiesz? A
powracając do tematu mojej misji, to mam za zadanie pomagać ci w trudnych
sytuacjach, w których sam nie dałbyś rady.
Tutaj
zaczęła się nasza przyjaźń. Może Belzebub był uperdliwy i chamski, ale naprawdę
mi pomagał. Oczywiście widziałem go tylko ja, więc może dlatego koledzy uważali
mnie za szalonego, kiedy zauważyli, że mówię do siebie?
-
Pomóż jej – warknął Belzebub. Stałem z rękami w kieszeniach, kiedy Alicja
próbowała pozbierać książki, które wypadły jej po potrąceniu przez jakiegoś osiłka.
Rzuciłem się na pomoc i wtedy nasze oczy się spotkały. Uśmiechnąłem się i
pozbierałem jej książki.
-
Dziękuję za pomoc – rzekła lekko zarumieniona. W tym momencie pomyślałem że
wygląda pięknie.
-
Proszę – powiedziałem, lekko zakłopotany.
-
Pierwszy krok poczyniony – szepnął mi na ucho niezastąpiony Belzebub. Widziałem
jak zaciera ręce z radości. Demony
to jednak nie tacy źli goście – pomyślałem. Zadowolony ruszyłem do klasy. Po
drodze zauważyłem tego samego kolesia, który potrącił Alicję znęcającego się
nad czwartoklasistką.
-
Pomóż jej – westchnął Belzebub. Ja również westchnąłem. Oho, zaczyna się,
pomyślałem. Zmiana w lepszego
człowieka właśnie się rozpoczęła.
-
Zostaw ją – powiedziałem cicho. Osiłek nic nie robiąc sobie z mojego gadania,
dalej dokuczał dziewczynce.
-
Zostaw ją – warknąłem. Osiłek ciężko odwrócił się w moją stronę. Wolny jest,
oceniłem. Uchyliłem się przed pierwszym ciosem, mojego przeciwnika impet rzucił
dalej. Podstawiłem mu nogę. Wywalił się z wielkim hukiem. Dzieciaki
przyglądające się temu zdarzeniu wybuchnęły śmiechem. Nachyliłem się w stronę
byczka.
-
Nigdy więcej do niej nie zaczynaj, rozumiesz? – szepnąłem mu na ucho. – Nigdy
więcej bo będziesz miał ze mną do czynienia. Czwartoklasistka spojrzała na mnie
lodowymi oczami.
-
Dziękuję ci – powiedziała. Nie wiem czemu, ale przeszedł mnie dreszcz
niepokoju. Ma niezwykłe oczy, prawda? Skierowałem
tę myśl do demona. Tak. Jest wyjątkowa,
wyczuwam w niej wielki potencjał. Osiągnie dużo, bardzo dużo… Przesłał mi
obraz jej na wysokim stanowisku w jakiejś korporacji. Zauważyłem Alicję.
Przyglądała się całemu zdarzeniu. Poszedłem do klasy.
Następnego
dnia zjawiłem się w szkole, jak zwykle ubrany w spodnie moro i wojskową bluzę.
Byczek ze swoją bandą już czekał na mnie przed bramą szkoły. Uśmiechał się
kpiąco, wiedząc, że ma za plecami kolegów. Jak
ich załatwić?- spytałem Belzebuba. Nie
wiem, poczekaj zaraz coś wymyślę, zajmij ich czymś. – odpowiedział. Dzięki Belz, pomyślałem ironicznie.
-
Siema, chłopaki. Jakiś problem? – zapytałem.
- Taa…
ty jesteś problemem – rzucił byczek.
- Ja?
– zgrywałem głupiego.
- Nie
rżnij głupa! Pamiętasz wczoraj? – wskazał na swój nos. Chyba mu go złamałem… Już mam! Najpierw ściągnij byczka, a później
resztę. Belzebub był wyraźnie podniecony. Pomożesz mi? Zapytałem wbrew sobie. Tak, ale musisz to zrobić TERAZ! Rzuciłem się do ataku. Banda
byczka lekko zesztywniała, w ich oczach zobaczyłem strach. Sam byczek był lekko
oszołomiony moim atakiem. Słuchawki w moich uszach grały ciężki metal, byłem
naładowany adrenaliną po uszy, czułem, że nic nie może mnie powstrzymać. Prawy
sierpowy powalił osiłka na ziemię, podniósł się z trudem, plując krwią z
przeciętej wargi. Był wyraźnie zły. Super, pomyślałem. Ciężki cios śmignął mi
obok ucha. Opamiętałem się i zadałem mu trzy ciosy, jeden po drugim w żołądek.
Osunął się na ziemię. Poczułem jak Belzebub uwalnia resztę jego bandy. Uciekli
z krzykiem. Zauważyłem Alicję, jak przygląda się całemu zdarzeniu. Wydało mi
się to trochę dziwne, ale nie ważne, zajmę się tym później. Cały dzień w szkole
przeleciał jak z bicza strzelił. Pognałem do szatni i zaczekałem na Alicję.
Poprosiłem ją o chwilę rozmowy.
-
Czego chcesz? – zapytała miękko.
-
Chciałem spytać, jak ty to robisz że zawsze jesteś tam gdzie dzieje się coś co
ma związek ze mną? – zapytałem, tak jak to miałem w zwyczaju, prosto z mostu.
- To
tajemnica i musisz przyrzec, że nikomu jej nie wyjawisz – rzekła poważnie.
-
Obiecuję – byłem strasznie ciekaw, cóż to za tajemnica.
-
Jestem twoim Aniołem Stróżem – powiedział to z nieprzeniknioną miną. Cofnąłem
się blady jak kreda. Belzebub wyraźnie wystraszony ujawnił się w postaci
młodego chłopca.
-
Witaj, Belz – przywitała się Alicja wesoło.
- Że
też od razu cię nie poznałem – mruknął – wiedziałem, że jesteś jakaś dziwna…
stali naprzeciw siebie, dwa żywioły mające strzec mnie, chłopca, który nic nie
znaczył. Ledwo to pomyślałem, oboje jednocześnie zwrócili się do mnie z minami
skazańców.
- Ja,
czy ty? – spytała Alicja.
-
Ja – odpowiedział Belzebub – Słuchaj, jest taka sprawa, że niebo i piekło
walczą o panowanie nad pewnym… osobnikiem. Nefilimem, pół-aniołem, pół-demonem.
Tym kimś jesteś ty. Masz olbrzymią moc i potencjał. Nie wiem jak ci to
powiedzieć, ale Pan chce cię odnaleźć i zgładzić. My, jako demony nie chcemy za
żadną cenę do tego dopuścić, gdyż wierzymy że się do nas przyłączysz.
Alicja prychnęła jak wściekła
kotka. Wygląda tak uroczo jak się wścieka…
- Pff…
na pewno to zrobi, Belz. Wybij to sobie z głowy. Z naszego punktu widzenia wygląda
to tak, że jesteś skazą, niewytłumaczalną anomalią, niemająca prawa istnieć.
Mam za zadanie chronić cię. Nie wiem, czemu, ani po co, jednak obserwowanie cię
uświadomiły mi że nie jesteś taki za jakiego podaje cię Szef. W ogóle nie wie
jakie będą twoje losy, ani jak postąpisz w danej sytuacji i to Go najbardziej
przeraża.
Wróciłem
do domu, przybity i położyłem się na łóżku. Belzebub znowu coś tam gadał, o
marzeniach, aniołach i demonach, a także o mnie. O tym, jaki jestem i czego
mogę dokonać. słuchałem go jednym uchem, ale myślami byłem przy Alicji…
Zamazane
obrazy. Jakaś ulica, spalone samochody, postacie aniołów na niebie, demony
wychodzące z czerwonego
pentagramu. Belzebub idący obok mnie. Alicja na drugim końcu ulicy w anielskiej
postaci, z mieczem
zawieszonym na plecach i stalowymi skrzydłami. Jest piękniejsza niż w postaci,
którą przyjęła jako człowiek.
- Czas
z tym skończyć, Eryku – mówi cicho. Pomimo odległości słyszę ją zaskakująco
dobrze. Moje serce zamiera na chwilę, po czym zaczynam się śmiać – jak
szaleniec, który nie ma już nic do stracenia.
-
Chcesz mnie pokonać, Alicjo? Mnie, który jestem hybrydą? Mnie, którego losów
nie zna sam Szef? Mnie, przez którego postępowanie anioły i demony zstąpiły na
ziemię? – mówię drwiącym głosem. W jej oczach czai się strach, choć
podświadomie wiem, że się nie podda. Ciekawe co się stanie ze mną jak już umrę?
– zastanawiam się przelotnie. Pomożesz mi
w tej ostatniej walce? – pytam Belzebuba. Oczywiście, jakże mógłbym cię opuścić w takim momencie? – mówi z
udawanym oburzeniem. Uśmiecham się pod nosem.
Przeobrażam się. Jestem teraz hybrydą demono-anioła. Demonem z umysłem
anioła pozbawionym twarzy. Zamiast niej noszę czarną maskę niewyrażającą
niczego. Myślę, że jest tak obrzydliwa, że nie mogę jej pokazać, gdyż wszyscy,
którzy by na nią spojrzeli postradaliby zmysły. Dwa miecze kołyszą się w
pochwach. Lśnią czerwonawym blaskiem. Skrzydła wyglądają jak ostrza mieczy
wykonane ze stali. Nie wiem skąd, ale jednak wiem, że są wykonane z materiału
twardszego niż diament, niespotykanego nigdzie na Ziemi. Jestem żylasty i zwinny. Nigdy nie walczyłem mymi
mieczami, ale jednak skądś wiem jak się nimi posługiwać. Wyciągam z pochew Śmierć i Zniszczenie i
rzucam się do ataku. Ziemia pęka i topi się od impetu moich ciosów. Alicja
ledwo je odbija, z trudem utrzymuje się na nogach, jej stopy ryją w asfalcie
głęboki koleiny, widzę przerażenie i zmęczenie wypisane na jej
twarzy. Mam przewagę wysokości i masy. Raniłem ją w bark, później w kolano.
Wypuszcza miecz z zakrwawionych rąk i, wyczerpana, klęka na ziemi ze spuszczoną
głową.
-
Zawiodłam cię, Panie – szepcze, po czym, w amoku krwi, odcinam jej głowę. Cofam
się przerażony tym co uczyniłem, rzucam się w wir walki, która rozgorzała nad
nami. Masywne skrzydła młócą powietrze, a ja siekę, tnę i łamię. Nieważne co,
miecze, ręce, nogi… co za różnica? Przemierzam niebo siejąc śmierć. Kostucha za
mną zaciera ręce z uciechy, że tyle duszyczek trafiło w jej zimne objęcia. Wkrótce
wszyscy umykają przede mną w
przerażeniu, a ja? Przemierzam świat, Anioł Zniszczenia, zabijając kolejnych
niewinnych... jak mogłem zrobić to Alicji?