sobota, 26 lipca 2014

Dwadzieścia sekund.
Naciśnięcie czerwonego guzika było głupim pomysłem…
                Dziewiętnaście sekund.
Być może… możliwe, że była to jedyna opcja w zaistniałej sytuacji… ale mogę się mylić… jestem w końcu tylko hybrydą…
                Osiemnaście sekund.
ONI nadchodzą. Nie było innego sposobu… takie tłumaczenie nie zdaje się na wiele, a wyrzuty sumienia zostają… ciekawe, czy niebo istnieje?
                Siedemnaście sekund.
Powiedzieć jej czy nie? Że ją kocham i bez niej to nie będzie to samo… krzywy uśmiech rozjaśnia moją poparzoną twarz. Stojąca obok kobieta patrzy na mnie pytająco. Potrząsam głową; nic się nie stało…
                Szesnaście sekund.
Są coraz bliżej… ich bioniczne statki, półmaszyny i pół żywe stworzenia, dotąd niezbadane bo broniły się do końca, a jeśli już nie miały jak się bronić… nanotechnologia robiła swoje. Chwytające się ostateczności myślące statki spalały się jakąś wydzieliną…
                Piętnaście sekund.
Nadchodzą. Chrzęszczą ich metalowe pancerze… energetyczna broń iskrzy lekko… świecą czerwone oczy… ciekawe, czy mają noktowizory? W jakim spektrum światła widzą? Termowizja? Noktowizja? Czy może ultrafiolet? Albo podczerwień? Promienie Gamma?
                Czternaście sekund.
Pojawili się przed 25 laty w roku 2036. Byłem wtedy małym brzdącem, pamiętam tylko czarne chmury zasnuwające niebo, wybuchy, promienie laserów uderzające w domy i eksplozje płomieni… to był jeden z najgorszych okresów w dziejach ludzkości… nie wiedzieliśmy jak się bronić, ani dlaczego w ogóle nas zaatakowali… no ale nic. Przeżyliśmy. Jak karaluchy. One też przeżyły… jako jedne z nielicznych… zapytacie co jedliśmy? Nanobiotechnologia poczyniła ogromne postępy i rośliny takie jak owies, pszenica, czy groch odeszły w niepamięć. Na stacjach kosmicznych astronauci sami hodowali sobie żarcie. Tak jak górnicy. Genetycznie zmodyfikowani ludzie potrafiący przeżyć tydzień pod zawalonymi skałami… no ale nic…
                Trzynaście sekund.
Pozostały mutanty. Nikt nie przewidział tego, że atomowe eksplozje zmienią tak genotyp specjali. Mogły się dowolnie krzyżować. Specjalkosmonauci i specjaldozorcy… na przykład. Nie mówię, że to piękny widok, ale specjal… niewiadomoco spełniał swoje zadanie w próżni… tak samo dobrą krzyżówką był specjalwojownik, ze specjalczołgiem… tak wiem, że to dziwne, ale bioniczne maszyny z genotypem ludzkim… były bardzo potrzebne w walce z Nimi…
                Dwanaście sekund.
Lata wojny bardzo zniszczyły naszą planetę. Przenieśliśmy się pod ziemię. Było w miarę spokojnie… W końcu wysłali swoich zwiadowców… czytaliście „Metro”? Nie? Polecam gorąco… genetycznie zmodyfikowane… stworzenia, przypominające swoimi gabarytami dinozaury… pancerze, z nieznanego nam, ludziom, srebrzystego stopu, odpornego na znane nam rodzaje broni… trzeba było sięgnąć dalej… miotacze energii, Colty Wiecznostrzałowe, bronie, którym nawet nie nadano nazwy, myśląc, że nigdy nie będą potrzebne… otworzono Skarbiec Apokalipsy. Stworzoną specjalnie w tym celu w roku 2016 specjalną kryptę z najnowszymi zdobyczami techniki. Amulet. Amulet zdobiący moją szyję, zasilany pozaziemskim artefaktem nieznanej cywilizacji, której szczątki odkryto na maleńkiej wyspie na Pacyfiku. Tam właśnie leżało miejsce zwane Atlantydą. Nieznana cywilizacja… posiadająca technikę o jakiej nam się nie śniło i moce, które można było nazwać magią… ok. nieważne. Amulet. Co to jest? Pozwala mi używać Wzroku. Psychicznej pomocy dla oczu mogącej ukazywać mi inne wymiary. Oczywiście nie zawsze działa, bo to dopiero wersja robocza, ale nie mieliśmy wyjścia… Amulet potrafi mnie pokryć pancerzem. Atomy tytanu pokrywające moją skórę od stóp do głów, potrafiące wytrzymać wszystko. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale ludzkość to dość… pomysłowy gatunek…
                Jedenaście sekund.

Lata dominacji Najeźdźców (nazwę „Najeźdźców” nadałem im sam, na własny użytek, żeby nie było…) pogrążyły naszą planetę w anarchii, chaosie i przestępstwie. Ludzkość przekonana, że nadszedł koniec świata (co poniekąd nastąpiło…) pogrążyła się w rozpierdolu. Inaczej tego nazwać, niestety, nie można. Gwałty, orgie, rytuały, kulty… odbywały się wprost na ulicy. Wojsko, policja, straż pożarna i inne służby porządkowe… zniknęły. Renegaci i dezerterzy grabili. Gwałcili. Mordowali… w końcu nastąpił nieoficjalny stan wojenny. Premier… poszedł się jebać. Schrony dla bogatych i wpływowych (którzy mieli chyba rządzić gruzami po tym wszystkim) znajdowały się pod Moskwą, Paryżem, Londynem, /nowym Jorkiem, Pekinem i innymi stolicami… Polacy pogrążyli się w pijaństwie… w sumie, to czy kiedykolwiek robili cokolwiek innego? Francuzi się darli, krzyczeli, miotali i robili inne typowo francuskie rzeczy. Anglicy… chyba ich to szczerze jebało. HERBATA. I wszystko jasne… Amerykanie pochowali się w schronach myśląc, że im to pomoże. Trochę ich przeżyło. Pieprzeni mistrzowie survivalu… Rosjanie, jak to u nich, zaczęli strzelać do Nich atomówkami. Trochę popiołu z tego było… nie wiem nawet, jak nazwać te… stworzenia, które później powstały… 

piątek, 20 czerwca 2014

Ta jedyna
                „Jestem napalony. Znowu…” Pierwsza myśl po wyjściu z domu. Jak zwykle zresztą. No, nieważne w sumie. Ruszyłem drogami Piekła Górnego, jak zwykle żywego i jak zwykle z niebem pokrytym czerwonymi, kłębiastymi chmurami. Dwa Sig-Sauery w kaburach pod skórzaną kurtką łatwo się wyciągały. Wiem bo sprawdzałem. 6 magazynków na pasie i 2 w ładownicach. Srebrne kule. Właściwie to nie srebrne, tylko działające na podobnej zasadzie co pociski rtęciowe, tylko w tulejce zamiast rtęci miały sproszkowane srebro. Były groźniejsze niż zwykłe pociski sproszkowane, bo raz rozpryśnięte w ciele nie dawały się tak łatwo wyciągnąć. Teoretycznie to w ogóle nie dawały się wyciągnąć… Srebrny miecz na plecach, przypominający wiedźmiński, tylko lepiej wykonany i z potężniejszymi gryfami i runami. Oczywiście nie z czystego srebra, bo nie dałoby się go dobrze naostrzyć. Grzał lekko plecy. Był magiczny. Znowu szłem na polowanie…
                Do Czyśćca nie jest wcale tak trudno się dostać. Szczególnie gdy ma się wpływy, pieniądze, urok i jest się i jest się ostatnim żyjącym Upadłym… Jak zwykle zerżnąłem sekretarkę w swojej demoniczniejszej postaci… Ta była wyjątkowo wytrzymała. Pół godziny. To chyba rekord… w sumie to miałem około 100 kochanek. Każda, bez wyjątku, wyglądała jak ochłap mięsa po nocy spędzonej ze mną… Zresztą nie spotkałem jeszcze tej jedynej. Jedynej osoby, której poświęciłbym się bez reszty. Miałem już 400 lat z hakiem, aż do dnia tego pamiętnego polowania…
                Czyściec to bardzo ponure miejsce. Szare, niemiłe, wilgotne i takie… nijakie. Szare, błąkające się bez celu dusze po szarych pustkowiach. Mroczna postać, w czarnym płaszczu, z kapturem zarzuconym na głowę, tak że zasłaniała jej twarz. Wampir. Ewidentnie. Dwie szable zwisające po bokach. Nie zauważyłem żadnej broni dalekiego zasięgu. To nie byłoby w ich stylu. Wolą walczyć w zwarciu. Nie wyjaśniłem jeszcze co tu robił. Robił tu to, co każdy demon. Pożywiał się. Złą energią wysyłaną przez te dusze. Potrzebnej im po to, żeby się stąd wydostać… po prawej zobaczyłem jeszcze jedną postać. W białej, skórzanej kurtce. Z białymi, skórzanymi rękawiczkami, ze srebrnymi ćwiekami. Dwa pałasze u boków, kusza z metalowym łuczyskiem na plecach. Kołczan pełen bełtów, ze srebrnymi grotami. Chyba także mnie zauważyła. Myślę, że przyszła tu w tym samym celu, co ja. Zabijać wampiry. Podeszłem do wampira bliżej. Już wyciągał swe szable. Dwa pociski z moich pistoletów powstrzymały go przed tym. W końcu bez rąk trochę ciężko wyciągnąć szable, nieprawdaż? Biała postać podbiegła do niego z gracją, w biegu wyciągając swe pałasze i siekąc niemiłosiernie krwiopijcę. Poruszała się szybko, zgrabnie i tak jakby w życiu nic innego nie robiła, tylko kroiła wampiry…
                - Pięknie walczysz – zagadnąłem.
                - Dziękuję – odrzuciła z czoła ogniście rude włosy, po czym spojrzała na mnie jadeitowymi oczami, z jakimś… zaciekawieniem? Rozbawieniem? Nie wiem, nie jestem zbyt dobry w odczytywaniu uczuć Anielic…
                Była bardzo ładna, blada, pokryta słodkimi piegami, z zielonymi oczami i włosami w odcieniu stopionej miedzi. Miała około 1,70m. Niezbyt wydatne piersi podkreślały jej szczupłą i wysportowaną figurę. Nie wiem co to było, ale poczułem coś… czegoś takiego jeszcze nigdy nie czułem. Miłe, ciepłe, rozgrzewające uczucie, gdy patrzyłem na te jej piegi, na oczy, na drobne dłonie, wycierające pałasze w płaszcz nieznajomego… była po prostu piękna. Po kilku godzinach włóczenia się razem po Czyśćcu rozstaliśmy się. Wróciłem do Piekła z poczuciem, że właśnie zaprzepaściłem swoją szansę na szczęście…
***
                Piłem. Straszliwie. Załamałem się. Nie wiem czemu. Być może sprawiła to owa nie znajoma? Nawet nie spytałem jak ma na imię… jestem idiotą… kretynem, matołem, dupkiem! Jak można być takim jełopem jak ja?!
***
Minął miesiąc. Tygodniowa popijawa na smutno daje o sobie znać. No nic. Czas wziąć się w garść i zrobić coś produktywnego. Najpierw muszę doprowadzić się do stanu używalności. Prysznic. Wyleczenie kaca. miecz zarasta kurzem w kącie, tam gdzie rzuciłem go po pamiętnym polowaniu. Sig-Sauery w kaburach na stole, a obok butelki po żytniej. Z Polski. Stamtąd jest najlepsza. Muszę wszystko wyczyścić. Uzupełnić amunicję do pistoletów.
Mogę lecieć. Miecz na plecach. Sig-Sauery w kaburach. Ładownice są. Wyruszam… z nadzieją, że znowu ją spotkam…
***
                Czyściec. Znowu. Nie zmienił się przez ten miesiąc. Samotne dusze włóczące się bez celu. Od czasu do czasu pokryte bluszczem drzewo… ogólnie ponury widok. Szukam. Wypatruję czarnych postaci. Przeszkadza mi w tym bełt przelatujący obok ucha. Srebrny, skonstatowałem. Odwróciłem się, jednocześnie wyciągając z kabur Sig-Sauery i już mierząc do mrocznej postaci biegnącej w moją stronę z ledwo co wyciągniętymi rapierami. Poruszała się z gracją, lekko, zwinnie, typowo kobiecym krokiem. Wyciągnąłem swój półtoraręczny miecz. Leżał mi w dłoni bardzo dobrze, w końcu został wykonany na zamówienie.
                Walka. Pot. Krew. Zapach ranionej ciężkimi butami ziemi. Śmiertelny taniec, uprawiany od wieków, sprawiający że jedna ze stron zginie. Jest dobra. Bardzo dobra. Atakuje szybko, przemyślanie. Słabnę. Nie mam już sił. Popijawa dała o sobie znać. Przegrywam. Stoi nade mną z zakrwawionymi rapierami. Ściąga kaptur. Uśmiecha się. Jest bardzo ładna. Blondynka, długie nogi, niebieskie oczy, z twarzą anioła. Podoba mi się. Nie tak jak ONA… Co nie zmienia faktu, że jestem na nią nakręcony.
                - Pokonałaś mnie, pani – mówię cicho. Śmieje się perlistym śmiechem z nutkami pożądania.
                - Chciałam to zrobić od dawna – przekrzywia filuternie głowę i wachluje uwodzicielsko rzęsami.
                - Co powiesz na kawę? W ramach nagrody za pokonanie Upadłego? – uśmiecham się przyjaźnie.
                - Czemu nie? – udając, że się zastanawia chowa rapiery i przykłada długi, niebieski paznokieć do warg pokrytych różowym błyszczykiem. – Myślę, że tak. Zgadzam się – uśmiecha się ironicznie.
                - Świetnie. Pozwolisz mi się podnieść, czy dalej mam leżeć na ziemi? – uśmiecham się krzywo, dając do zrozumienia, że mi trochę niewygodnie.
***
                „O kurwa… gdzie jestem?” Pierwsze pytanie tego dnia ( czy to aby na pewno dzień?) było dość trafione. Leżałem na czymś miękkim. Tym czymś było łóżko. Zaczyna się ciekawie… gdyby nie to, że jestem całkowicie nagi, mógłbym uznać, że jestem u siebie… Ale u siebie niestety nie byłem… Ostatnie wspomnienia, jakie mi zostały to kawa… z nią. Musiała mi czegoś dosypać do kawy… ja pierdolę… nawet nie wiem, jak się nazywa… przedstawiała mi się? Nie wiem… pustka. Chyba urwał mi się film… czego ona mi dosypała?! Ruch w prawym rogu ciemnego pokoju oderwał mnie od rozmyślania co się stało. Odruchowo sięgnąłem po Sig-Sauera… po czym zorientowałem się, że go, kurwa, nie mam… zajebiście… po prostu… ja pierdolę!
***

                Nagłe spięcie mięśni i już jestem na nim. Przekrzywiam drapieżnie głowę, po czym wpatruję się w jego zastygłe z przerażenia oczy. A może tylko udaje? Nieee… nie potrafiłby tak dobrze grać. Wbrew pozorom poznałam go tej nocy nie tylko od strony fizjologicznej… czytanie myśli jednak bardzo pożyteczna umiejętność u wampira… 

sobota, 14 czerwca 2014

Daimon Glory
Był 28 maja według ludzkiej rachuby. Wszystko byłoby normalnie, gdy wszedł pewien młody dżin. Piekło Dolne to jednak nie tak bezpieczne miejsce jak mi się wydawało. Siedziałem w swojej kancelarii „Daimon Glory”.
- Witaj – rzekłem.
                - Cześć… - rzekł nieśmiało. Wydawał się bardzo miły. -Jestem Salomon. Moja ukochana, która była w ciąży została zamordowana. – osłupiałem. Mówił to z takim spokojem…
                - Co ja mam z tym wspólnego? – zapytałem grzecznie. – Czy to nie jest zadanie dla Wydziału Zabójstw? – ludzkie nazwy jednak czasem się przydają. Niektóre nazwy, jak np. lotnisko, helikopter, czy smok bojowy idealnie oddają naturę tych rzeczy. Ludzie to idealni wynalazcy wszelkiej maści broni, przekleństw, używek i usług. Jeśli wiecie co mam na myśli. Powróćmy jednak do zaistniałej sytuacji.
                - Nie chcę żeby oni się tym zajmowali. Będą ją ciąć, grzebać w niej, badać krew i robić inne straszne rzeczy… - skrzywił się z niesmakiem. Trzeba przyznać że dżiny to delikatne stworzenia…
                - Dobrze. Wezmę tę sprawę – odrzekłem wspaniałomyślnie.
- Dziękuję – rzekł uradowany. Wyleciał z mojego gabinetu jak z procy. Dopiłem wystygłą już herbatę i wyszedłem za nim. Moja rezydencja przedstawiała się imponująco. Mroczna budowla z bazaltu przypominająca zamek. Wieżyczki, krużganki, ganeczki i ostre kąty… zawsze podziwiałem architekta Domu na Wzgórzu Lykanów… Okolica ta słynęła z zatrważającej ilości rodzących się tu wilkołaków. Byli to wierni towarzysze, przyjaciele, pomocni i mili… idealni kompani do picia. Sam kiedyś przyjaźniłem się z jednym, ale niestety Niebiańska Czystka, czyli oddział ciężkiej Piechoty Niebieskiej go zabił. Słyszałem że bronił się dzielnie i położył trupem 4 Piechociarzy, co zostało uznane za ogromny wyczyn i Rada Piekielna przyznała mu za ten czyn pośmiertnie Medal Asmodeusza. Dobrze, koniec już tych wspomnień. Założyłem słuchawki na uszy i puściłem swoją składankę. Zawsze poprawiała mi humor w trudnych chwilach, ale nie teraz. Wspomnienia Oriona zabolały… był moim najlepszym i jednym  nielicznych przyjacielem. Byliśmy do siebie podobni jak dwie krople wody. Ciemne włosy, karnacja, wysocy z żółtymi oczami… budziliśmy strach i szacunek. On ze swoimi barami berserkera, a ja z moimi półautomatycznymi Sig-Sauerami, z wyrytymi na lufie błogosławieństwami, wyrównującymi moc przekleństw srebrnych naboi w magazynku. 15 srebrnych kulek wystrzelonych w ciągu kilku sekund potrafiło zatrzymać  nawet Archanioła. Wiem bo próbowałem. Dlatego nikt nie słyszał o Archaniele Katarzynie… właściwie to była całkiem ładna i gdyby mnie tak nie nienawidziła, to może by coś z tego wyszło… Demony i inne istoty są wrażliwe na srebro, a zabobon że tylko wilkołaki i wampiry są na nie podatne wynika z tego że tylko one mogą się pokazywać na Ziemi w cielesnej postaci.
Strzał nad lewym uchem wyrwał mnie z zamyślenia. Czułem jak kula przebija skrzydło. Syknąłem z bólu i ukryłem się w najbliższej uliczce. Wyciągnąłem Czwórkę i Chaos i uśmiechnąłem się złowieszczo. Tak sobie pogrywasz? pomyślałem. Dobrze, zabawmy się więc. Wyskoczyłem zza rogu z ogłuszającym krzykiem. Równomiernie naciskałem spusty podczas gdy mój przeciwnik ukrył się za ścianą. Trzy naboje wbiły się mu ponad głową. Niebiańska krew dała o sobie znać. Może go nie zabijać? zastanowiłem się przelotnie. Zabij!!! Wyła krew piekielna. Była rządna krwi i śmierci. Dobrze, ale najpierw go przesłucham, pogodziłem obie strony. Pył jeszcze nie opadł, a ja już stałem obok… tej kobiety! Miała na sobie czarną, skórzaną kurtkę, kaptur, wysoko wiązane buty i czarne bojówki. Była dość wysoka, niemal tak jak ja. Ściągnąłem jej kaptur i odgarnąłem ognistorude włosy. Miała wysokie kości policzkowe, zielone oczy, wąskie usta i bladą cerę. Nie spodziewałem się osoby płci żeńskiej.                        Spojrzałem na jej zmodyfikowane Desert Eagle. Wyciągnąłem z jednego magazynek. Był powiększony i zawierał amunicję rdzeniową. Miała nacięte na czubkach krzyże i wypisane na bokach J.Ch. Uśmiechnąłem się.
                - Jesteś anielicą, prawda? Muszę przyznać, że bardzo ładną – spojrzała na mnie ze zdumieniem. Jej zielone oczy wyrażały jedynie pogardę i złość.
                - Nie dałeś mi wykonać zadania, gnoju! – syknęła wściekle.
                - Właśnie zepsułaś mi opinię o anielicach. Uważałem was za czułe, niewinne istoty, niezdolne do wyrządzenia innym krzywdy – skrzywiłem się. Jej słowa mnie zraniły, nie wiem czemu. Zrobiło mi się przykro, że tak o mnie myśli… jako celu. Przyznam, była bardzo ładna, ale że aż tak? Zamieszała mi w głowie. Zastanowiłem się przelotnie czy nie użyła przypadkiem na mnie jakiegoś uroku. Potrząsnąłem głową, to nie w ich stylu. Mam nadzieję, że to mi nie zaszkodzi w śledztwie… jestem demonem, nie mogę się zakochiwać.
                - Ja też mam zadanie… jak się nazywasz tak w ogóle? – spytałem ni stąd, ni zowąd.
                - Wiktoria – uśmiechnęła się nieśmiało – a ty? – jest piękna, kiedy się uśmiecha…
                - Daimon – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. Coraz gorzej ze mną… uśmiecham się. Coraz gorzej…
                - Mam nadzieję, że ten drobny incydent nie zniszczy nici porozumienia, które między nami powstało. Dasz się zaprosić na kawę? – zapytałem nieśmiało.
                - Chętnie – uśmiechnęła się uroczo. Podniosła swoje Desert Eagle i zadowolona poszła ze mną do kawiarenki na rogu. Kawiarenka nazywała się „Zbędne Kalorie”. Wydawała się bardzo sympatyczna, utrzymana w stylu angielskiego pubu. Ciemne boazerie, małe okrągłe stoliczki i duże okna czyniły to miejsce bardzo przytulnym i ciepłym. Demonica za ladą była bardzo sympatyczna. Miała duże niebieskie oczy, brązowe, długie do ramion włosy, śniadą cerę i była dość wysoka. Usiedliśmy z Wiktorią przy stoliku obok okna. Kawa była wyśmienita. Czarna, mocna i idealnie gorzka.
                Zerkałem na nią ukradkiem. Zaczęliśmy rozmawiać na jakieś błahe tematy, a pół godziny później już byliśmy u niej i piliśmy wino.
                - Więc dlaczego chciałaś mnie zabić? – spytałem nagle. Skrzywiła się nieznacznie.
                - Są osoby, Daimonie, które nie chcą, żeby twoje śledztwo doszło do celu. Jestem płatną zabójczynią. Wiem, może na to nie wyglądam, ale mój wygląd i sposób działania nierzadko mi się przydały.
                - Czy twoje zadanie… hmm... nie możemy uznać, że zostało wykonane? Pomogłabyś mi odkryć kto stoi za tym zabójstwem? – spytałem z nadzieją. Polubiłem jej towarzystwo. Nie chciałem jej stracić, ledwo ją poznawszy.
                - Dobrze – uśmiechnęła się filuternie. – Mam nadzieję, że moi pracodawcy nie będą ze mnie zadowoleni – tym razem jej twarz wyrażała czystą złośliwość. Nie mogłem się opanować i zacząłem się śmiać. Po krótkiej chwili Wiktoria przyłączyła się do mnie.
                Następnego dnia znowu odwiedziłem Wiktorię. Poszliśmy na miejsce przestępstwa, a tam zobaczyliśmy kręcących się techników i koronera, poważnego faceta w czarnym płaszczu pod pięćdziesiątkę. Wyglądał jak grabarz, mroczny, ponury i niezadowolony. Spodobał mi się od razu. Wyglądał mi na gościa znającego się na opisie ran zadanych trupowi.
                - Dzień dobry. – wyciągnąłem mu rękę na powitanie – Jestem Daimon Glory. Zatrudnił mnie pewien dżin do zbadania tej sprawy. Proszę mi opisać rany zadane nieboszczce.
                - Dobrze. – powiedział schrypniętym głosem – Rana kłuta zadana srebrnym nożem długości około 20 cm. Pokryte runami ostrze wniknęło głęboko w ciało po czym wyszło z drugiej strony. Morderca znał się na swoim fachu. Rana nie ma poszarpanych brzegów co oznacza, że nie drżała mu ręka. To wszystko. Mam nadzieję, że pomogłem – powiedział to wszystko zatrważająco spokojnym tonem. Gdyby był zabójcą i posiadał taką wiedzę wątpię czy ktokolwiek uchroniłby się uchronił przed jego ostrzem…
                - Dziękuję. Czy mógłbym obejrzeć narzędzie zbrodni? – miałem nadzieję, że wyszło mi to naturalnie… no, w każdym razie nieważne. Niech myśli co chce.
                - Oczywiście. Proszę, oto ono – założył lateksowe rękawiczki, po czym wyciągnął z kieszeni plastikowy woreczek w którym ujrzałem nóż samej… Wojny!
                - Czy mógłbym zobaczyć zamordowaną? – spytałem jeszcze
                - Oczywiście. Dlaczego nie? – zaprowadził mnie do trupa, którego dokładnie sobie obejrzałem. Rzuciły mi się w oczy jej tęczówki. Smoliście czarne, wydające się nie mieć początku istnienia. Zastanawiające…
- Dziękuję. Do widzenia – rzuciłem ze ściśniętym gardłem.
- Do widzenia – schrypniętym głosem pożegnał się, po czym odszedł.
                - Jak myślisz Wiki, czy on ma coś wspólnego z tą sprawą? – spytałem od niechcenia, żeby nie pokazać jak jestem spięty.
                - Hmm… nie wiem – odpowiedziała ze zmarszczonymi brwiami - Nie znam go i nigdy go nie spotkałam, a jestem jedną z najlepszych. Rzadko pojawia się nowa twarz w tym zawodzie, więc wszyscy wszystkim są znani – odpowiedziała
                - Ok. Poradzimy sobie i z tym.
                Zaczęliśmy chodzić do różnych, hmm… ciekawych miejsc. W każdym razie były dość niebezpieczne i mile mnie tam nie witano. Miałem podejrzane konszachty, tak o mnie mówiono. Znajomość z wilkołakami, wampirami i innymi podrzędnymi istotami nie przysporzyła mi popularności. W każdym razie popytaliśmy pewne osoby, o to co się stało wczoraj. Niekiedy obchodziło się bez rękoczynów. Rzadko… bardzo rzadko. Czasami petent zostawał w takim stanie, że zakładaliśmy się z Wiktorią kiedy wyzionie ducha.
Podobała mi się. Jeszcze nigdy, przy nikim nie czułem się tak dobrze jak przy niej. Miałem nadzieję, że będziemy szukać sprawcy jak najdłużej. Nie miałem jednak złudzeń co do tego jak bardzo moje nadzieje są nie na miejscu. Poszliśmy do Asmodeusza. Pomimo pozorów Wredny Chłopiec po bliższym poznaniu nie okazywał się taki zły. Był kiedyś moim dobrym kompanem w różnych, hmm… przedsięwzięciach. Znałem go bardzo dobrze i mogłem go nazwać jednym z tych nielicznych przyjaciół, którzy jeszcze żyli, oczywiście.
- Wyślesz nas do Wyższej Krainy? – spytałem od niechcenia. Asmodeusz wybałuszył  na mnie swoje fiołkowe oczy. Chyba go trochę przestraszyłem… był bardzo przystojny i niewiele kobiet było w stanie sobie z nim poradzić. Miał długie, kręcone blond włosy, wysokie kości policzkowe, arystokratyczny podbródek i był dość wysoki.
- Oczywiście, Daimon, co tylko chcesz! – wyszczerzył się do mnie. Podaliśmy sobie dłonie. Moja wielka ręka całkowicie ukryła jego drobną, prawie że kobiecą dłoń.
- Super! Jak najszybciej, staruszku. – uśmiechnąłem się złośliwie. Asmodeusz był starszy ode mnie o kilka wieków, ale i tak był zdolny do wszystkiego. Fioletowy ogień w jego oczach zajaśniał, jak za starych czasów…
- Pewnie, może jeszcze frytki do tego, co? – rzucił zrzędliwie.
- Obiecałeś mi coś kiedyś, zapomniałeś? A zresztą chyba nie odmówisz damie powrotu do domu, prawda? – wskazałem Wiktorię.
- Cześć – rzuciła nieśmiało.
- Witaj – powiedział Asmodeusz uwodzicielsko. Rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie. Skulił się w sobie. – Już, już was wysyłam! Chciałem tylko pogawędzić sobie z tą jakże uroczą damą…
Asmodeusz zaczął otwierać portal. Oczywiście nielegalny. Zastanowiłem się czy jakakolwiek moja akcja była legalna. Nie, uznałem wreszcie. Żadna nie było. Weszliśmy w przejście i po krótkiej chwili już byliśmy w ubogiej chatce na przedmieściach Klucza Wszechświata. To piękne miasto jest stolicą Pana. Pomimo, że go nienawidzę, to jednak mnie stworzył i jakiś tam szacunek muszę mu okazywać. Inaczej by mnie ogólnie znienawidzono i zjechano za brak honoru i szacunku dla starszych. Uśmiechnąłem się. Starszy to on jest od każdego z nas. Ciekawe, jakby to było być tak stary jak on. Wiedzieć wszystko, nad wszystkimi panować, wszystkich kochać… czasami wydaje mi się że Pan to taki pierwszy hipis. Pokój, radość, nadzieja, wybaczanie i inne wartości, które nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Oprócz miłości. Ona coś tam dla mnie znaczy. W końcu poznałem Wiktorię. Zastanowiłem się, czy to zamysł Pana, żebyśmy się poznali i żeby coś między nami powstało. To dość możliwe. No, ale nieważne. Przybyłem tu porozmawiać to z Wojną. Miałem z nią kiedyś romans. Podobała mi się. Była dzika, nieokiełznana, piękna… o ciemnej karnacji, czarnych włosach i oczach koloru obsydianu, o nieskończonej głębi i czymś czego nie sposób określić nawet takiej istocie jak ja. Ubierała czarne, obcisłe, skórzane spodnie i skórzaną kurtkę w takim samym kolorze. Miały srebrne wstawki. W końcu to Jeździec Apokalipsy. Srebro mu się straszne. Może go zabić wyłącznie czarna magia, lub wyjątkowo potężny demon dziewiątego, lub dziesiątego poziomu… nigdy jeszcze się taki nie urodził, więc gdyby to zrobił mielibyśmy ostro przerąbane. Na Ziemi dwie porządne atomówki by nie pomogły, a w końcu tam demony są w swojej słabszej formie. Więc co by było w Piekle? Chaos, śmierć, pożoga, trupy, dym, zgliszcza… tyle zostałoby z Niższej Krainy.
Przemierzałem Klucz Wszechświata w ciemnych okularach. Był dla mnie stanowczo zbyt jasny i czysty. No ale czego się spodziewać po mieście pełnym aniołów? Spoglądały na mnie podejrzliwie, jakbym był jakiś pomniejszym złodziejem. Gdyby tylko znali prawdę troszkę by się przerazili. Mówiąc troszkę mam na myśli: zaczęliby w panice uciekać. Na szczęście przez te kilkaset lat, które minęły od… incydentu przybyło mi trochę blizn. Mam nadzieję, że szybko ją odnajdziemy.
Znaleźliśmy ją w lokalnej knajpie, spitą do nieprzytomności. No, ale to nieważne… w końcu to Jeździec Apokalipsy. Nie może umrzeć.
- Witaj Wojno. – uśmiechnąłem się miło – Dawno się nie widzieliśmy.
- Cześć! Chodźcie i się ze mną napijcie – było gorzej niż myślałem… mam nadzieję, że się z nią jakoś dogadamy – Będzie fajnie! Obiecuję! – miałem niejasne przeczucie, że Wiktorii nie podoba się jej, hmm… sposób bycia. Wojna się tym totalnie nie przejmowała i dalej piła w najlepsze.
- Chcielibyśmy cię zapytać, co robiłaś w Piekle Dolnym 28 maja ludzkiego czasu?
- Jak to co? Gdzie? – wytrzeźwiała momentalnie. – Cały czas byłam w Kluczu Wszechświata i nigdzie się nie wybierałam w ostatnim czasie.
- Na pewno. Wnioskując z twojej reakcji, zabiłaś niewinną kobietę w ciąży. Po pierwsze nic ci nie zrobiła, a po drugie nie była nawet świadoma tego, że jest matką Antychrysta. – Wiktoria spojrzała na mnie z przerażeniem i zdumieniem, a Wojna z uznaniem i podziwem.
- Jak się domyśliłeś? – spytała Wojna. – Bardzo starannie ukryłam ślady.
- Oczy, droga Wojno. Zajrzałem do biblioteki i wiesz co? Zanotowano dość dawno temu bardzo podobny przypadek. Zamordowana w niewiadomych okolicznościach, która była w ciąży. Takie same oczy. Tylko oczy, bo inne ślady zostały albo zatarte, albo ich nie było. Zabito ją identycznym nożem, w identyczny sposób. – wyjaśniłem zwięźle. – Ale co ja ci mogę zrobić droga Wojenko? Jesteś Jeźdźcem Apokalipsy, masz wielką rolę do spełnienia. Apokalipsa. Święty Jan się nie mylił, prawda? Czterej Jeźdźcy Apokalipsy. Odrywacie wielką rolę w historii współczesnego świata. Mam nadzieję, że będziesz dalej spełniała należycie swoje zadania… - powiedziałem, po czym odszedłem.

Wiktoria była, jest i będzie moją towarzyszką. Nie obchodzi mnie, że to anielica. Nie obchodzi mnie to, że wyznaje inne wartości niż ja. Mam nadzieję, że tego nie zepsuję. Nie zniósłbym świadomości, że ją zraniłem. To by było straszne… straszniejsze niż potyczka z wściekłą Archanielicą. Mam nadzieję, że tego nie zepsuję…

piątek, 16 maja 2014

Stracone marzenie


Stracone marzenie

- Jesteś idiotą - powiedział. Zgodziłem się z nim. Zaprzepaściłem swoją szansę na szczęście. Mój prywatny demon przysłuchiwał się moim myślom… Leżałem na łóżku w swoim pokoju i myślałem co zrobiłem nie tak.
-Zamierzasz się nad sobą użalać? Ruszyłbyś się do roboty, a nie rozpaczał. Myślę, że moje przeklinanie      i wyzywanie cię tylko pogłębią twoją depresję – rzekł.
- Zostaw mnie – jęknąłem. Wyglądałem żałośnie. Trup, można powiedzieć. Podkrążone oczy, blada skóra  i ogień szaleńca w oczach. Kochałem ją. On nie zdawał sobie nawet sprawy jak bardzo. Belzebub z dezaprobatą pokręcił głową.
Znowu widziałem ją w szkole. Wesoła, inteligentna, oczytana. Mam nadzieję, że ją taką zapamiętam. Może ona nie zapomni o mnie. Nie mam złudzeń, już dawno nauczyłem się, że nadzieja i złudzenia są złe. Dają mi tylko ból i smutek. Jestem pesymistą z powołania. Mnóstwo ludzi próbowało mnie zmienić, przyjaciółki, koledzy. Nazywają mnie dziwakiem i mówią, że jestem szalony. Nie wiem z jakiego powodu. Tak jakoś się przyjęło.
- Znowu to zrobiłeś… - będzie mi to tak wypominał. Znam go, jest moim jedynym prawdziwym przyjacielem. Mój prywatny demon… śmiesznie brzmi, ale takie nie jest. Wyobraź sobie przystojnego, inteligentnego i wrednego chłopca w garniturze, a do tego fiołkowe oczy... Dziwne, prawda? Chłopiec w garniturze… coś się nie zgadza. Taki ma styl. Nie wykreowałem go, nie jest moim wyobrażeniem. Po prostu kiedyś się pojawił. Miałem głęboką depresję i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… na nic nie miałem ochoty, ani siły. Pojawił się nagle, bez efektów specjalnych. Po prostu nagle stał przede mną równie zdziwiony co ja.
- Więc to ty jesteś moim nowym podopiecznym… witaj. Nazywam się Belzebub. Będę twoim nauczycielem, co nie zmienia faktu, że jestem demonem. Wcale nie jesteśmy takie jakimi przedstawiają nas ludzie. Wiem, że ciężko ci w to uwierzyć, ale anielska propaganda zrobiła swoje – tu skrzywił się z pogardą – tak naprawdę to my staramy się wam pomagać, a nie anioły. To straszne dupki i gogusie, wiesz? A powracając do tematu mojej misji, to mam za zadanie pomagać ci w trudnych sytuacjach, w których sam nie dałbyś rady.
Tutaj zaczęła się nasza przyjaźń. Może Belzebub był uperdliwy i chamski, ale naprawdę mi pomagał. Oczywiście widziałem go tylko ja, więc może dlatego koledzy uważali mnie za szalonego, kiedy zauważyli, że mówię do siebie?
- Pomóż jej – warknął Belzebub. Stałem z rękami w kieszeniach, kiedy Alicja próbowała pozbierać książki, które wypadły jej po potrąceniu przez jakiegoś osiłka. Rzuciłem się na pomoc i wtedy nasze oczy się spotkały. Uśmiechnąłem się i pozbierałem jej książki.
- Dziękuję za pomoc – rzekła lekko zarumieniona. W tym momencie pomyślałem że wygląda pięknie.
- Proszę – powiedziałem, lekko zakłopotany.
- Pierwszy krok poczyniony – szepnął mi na ucho niezastąpiony Belzebub. Widziałem jak zaciera ręce       z radości. Demony to jednak nie tacy źli goście – pomyślałem. Zadowolony ruszyłem do klasy. Po drodze zauważyłem tego samego kolesia, który potrącił Alicję znęcającego się nad czwartoklasistką.
- Pomóż jej – westchnął Belzebub. Ja również westchnąłem. Oho, zaczyna się, pomyślałem. Zmiana          w lepszego człowieka właśnie się rozpoczęła.
- Zostaw ją – powiedziałem cicho. Osiłek nic nie robiąc sobie z mojego gadania, dalej dokuczał dziewczynce.
- Zostaw ją – warknąłem. Osiłek ciężko odwrócił się w moją stronę. Wolny jest, oceniłem. Uchyliłem się przed pierwszym ciosem, mojego przeciwnika impet rzucił dalej. Podstawiłem mu nogę. Wywalił się z wielkim hukiem. Dzieciaki przyglądające się temu zdarzeniu wybuchnęły śmiechem. Nachyliłem się w stronę byczka.
- Nigdy więcej do niej nie zaczynaj, rozumiesz? – szepnąłem mu na ucho. – Nigdy więcej bo będziesz miał ze mną do czynienia. Czwartoklasistka spojrzała na mnie lodowymi oczami.
- Dziękuję ci – powiedziała. Nie wiem czemu, ale przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Ma niezwykłe oczy, prawda? Skierowałem tę myśl do demona. Tak. Jest wyjątkowa, wyczuwam w niej wielki potencjał. Osiągnie dużo, bardzo dużo… Przesłał mi obraz jej na wysokim stanowisku w jakiejś korporacji. Zauważyłem Alicję. Przyglądała się całemu zdarzeniu. Poszedłem do klasy.
Następnego dnia zjawiłem się w szkole, jak zwykle ubrany w spodnie moro i wojskową bluzę. Byczek ze swoją bandą już czekał na mnie przed bramą szkoły. Uśmiechał się kpiąco, wiedząc, że ma za plecami kolegów. Jak ich załatwić?- spytałem Belzebuba. Nie wiem, poczekaj zaraz coś wymyślę, zajmij ich czymś. – odpowiedział. Dzięki Belz, pomyślałem ironicznie.
- Siema, chłopaki. Jakiś problem? – zapytałem.
- Taa… ty jesteś problemem – rzucił byczek.
- Ja? – zgrywałem głupiego.
- Nie rżnij głupa! Pamiętasz wczoraj? – wskazał na swój nos. Chyba mu go złamałem… Już mam! Najpierw ściągnij byczka, a później resztę. Belzebub był wyraźnie podniecony. Pomożesz mi? Zapytałem wbrew sobie. Tak, ale musisz to zrobić TERAZ! Rzuciłem się do ataku. Banda byczka lekko zesztywniała, w ich oczach zobaczyłem strach. Sam byczek był lekko oszołomiony moim atakiem. Słuchawki w moich uszach grały ciężki metal, byłem naładowany adrenaliną po uszy, czułem, że nic nie może mnie powstrzymać. Prawy sierpowy powalił osiłka na ziemię, podniósł się z trudem, plując krwią z przeciętej wargi. Był wyraźnie zły. Super, pomyślałem. Ciężki cios śmignął mi obok ucha. Opamiętałem się i zadałem mu trzy ciosy, jeden po drugim w żołądek. Osunął się na ziemię. Poczułem jak Belzebub uwalnia resztę jego bandy. Uciekli z krzykiem. Zauważyłem Alicję, jak przygląda się całemu zdarzeniu. Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie ważne, zajmę się tym później. Cały dzień w szkole przeleciał jak z bicza strzelił. Pognałem do szatni i zaczekałem na Alicję. Poprosiłem ją o chwilę rozmowy.
- Czego chcesz? – zapytała miękko.
- Chciałem spytać, jak ty to robisz że zawsze jesteś tam gdzie dzieje się coś co ma związek ze mną? – zapytałem, tak jak to miałem w zwyczaju, prosto z mostu.
- To tajemnica i musisz przyrzec, że nikomu jej nie wyjawisz – rzekła poważnie.
- Obiecuję – byłem strasznie ciekaw, cóż to za tajemnica.
- Jestem twoim Aniołem Stróżem – powiedział to z nieprzeniknioną miną. Cofnąłem się blady jak kreda. Belzebub wyraźnie wystraszony ujawnił się w postaci młodego chłopca.
- Witaj, Belz – przywitała się Alicja wesoło.
- Że też od razu cię nie poznałem – mruknął – wiedziałem, że jesteś jakaś dziwna… stali naprzeciw siebie, dwa żywioły mające strzec mnie, chłopca, który nic nie znaczył. Ledwo to pomyślałem, oboje jednocześnie zwrócili się do mnie z minami skazańców.
- Ja, czy ty? – spytała Alicja.
            - Ja – odpowiedział Belzebub – Słuchaj, jest taka sprawa, że niebo i piekło walczą o panowanie nad pewnym… osobnikiem. Nefilimem, pół-aniołem, pół-demonem. Tym kimś jesteś ty. Masz olbrzymią moc               i potencjał. Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale Pan chce cię odnaleźć i zgładzić. My, jako demony nie chcemy za żadną cenę do tego dopuścić, gdyż wierzymy że się do nas przyłączysz.
Alicja prychnęła jak wściekła kotka. Wygląda tak uroczo jak się wścieka…
- Pff… na pewno to zrobi, Belz. Wybij to sobie z głowy. Z naszego punktu widzenia wygląda to tak, że jesteś skazą, niewytłumaczalną anomalią, niemająca prawa istnieć. Mam za zadanie chronić cię. Nie wiem, czemu, ani po co, jednak obserwowanie cię uświadomiły mi że nie jesteś taki za jakiego podaje cię Szef. W ogóle nie wie jakie będą twoje losy, ani jak postąpisz w danej sytuacji i to Go najbardziej przeraża.
Wróciłem do domu, przybity i położyłem się na łóżku. Belzebub znowu coś tam gadał, o marzeniach, aniołach i demonach, a także o mnie. O tym, jaki jestem i czego mogę dokonać. słuchałem go jednym uchem, ale myślami byłem przy Alicji…
            Zamazane obrazy. Jakaś ulica, spalone samochody, postacie aniołów na niebie, demony wychodzące          z czerwonego pentagramu. Belzebub idący obok mnie. Alicja na drugim końcu ulicy w anielskiej postaci,               z mieczem zawieszonym na plecach i stalowymi skrzydłami. Jest piękniejsza niż w postaci, którą przyjęła jako człowiek. 
- Czas z tym skończyć, Eryku – mówi cicho. Pomimo odległości słyszę ją zaskakująco dobrze. Moje serce zamiera na chwilę, po czym zaczynam się śmiać – jak szaleniec, który nie ma już nic do stracenia.
- Chcesz mnie pokonać, Alicjo? Mnie, który jestem hybrydą? Mnie, którego losów nie zna sam Szef? Mnie, przez którego postępowanie anioły i demony zstąpiły na ziemię? – mówię drwiącym głosem. W jej oczach czai się strach, choć podświadomie wiem, że się nie podda. Ciekawe co się stanie ze mną jak już umrę? – zastanawiam się przelotnie. Pomożesz mi w tej ostatniej walce? – pytam Belzebuba. Oczywiście, jakże mógłbym cię opuścić w takim momencie? – mówi z udawanym oburzeniem. Uśmiecham się pod nosem.
  Przeobrażam się. Jestem teraz hybrydą demono-anioła. Demonem z umysłem anioła pozbawionym twarzy. Zamiast niej noszę czarną maskę niewyrażającą niczego. Myślę, że jest tak obrzydliwa, że nie mogę jej pokazać, gdyż wszyscy, którzy by na nią spojrzeli postradaliby zmysły. Dwa miecze kołyszą się w pochwach. Lśnią czerwonawym blaskiem. Skrzydła wyglądają jak ostrza mieczy wykonane ze stali. Nie wiem skąd, ale jednak wiem, że są wykonane z materiału twardszego niż diament, niespotykanego nigdzie na Ziemi. Jestem żylasty          i zwinny. Nigdy nie walczyłem mymi mieczami, ale jednak skądś wiem jak się nimi posługiwać. Wyciągam             z pochew Śmierć i Zniszczenie i rzucam się do ataku. Ziemia pęka i topi się od impetu moich ciosów. Alicja ledwo je odbija, z trudem utrzymuje się na nogach, jej stopy ryją w asfalcie głęboki koleiny, widzę przerażenie                  i zmęczenie wypisane na jej twarzy. Mam przewagę wysokości i masy. Raniłem ją w bark, później w kolano. Wypuszcza miecz z zakrwawionych rąk i, wyczerpana, klęka na ziemi ze spuszczoną głową.
- Zawiodłam cię, Panie – szepcze, po czym, w amoku krwi, odcinam jej głowę. Cofam się przerażony tym co uczyniłem, rzucam się w wir walki, która rozgorzała nad nami. Masywne skrzydła młócą powietrze, a ja siekę, tnę i łamię. Nieważne co, miecze, ręce, nogi… co za różnica? Przemierzam niebo siejąc śmierć. Kostucha za mną zaciera ręce z uciechy, że tyle duszyczek trafiło w jej zimne objęcia. Wkrótce wszyscy umykają przede mną              w przerażeniu, a ja? Przemierzam świat, Anioł Zniszczenia, zabijając kolejnych niewinnych... jak mogłem zrobić to Alicji?

Powitanie

Cześć.
 Jestem Anonimus. W tym blogu będę przedstawiał swoje wizje piekła, nieba i czasami jakichś wymyślonych światów. Bohaterowie są niekiedy wzorowani na postaciach prawdziwych, ale to rzadko. Bardzo proszę: nie hejtujcie mnie za przekleństwa i to jak sobie to wyobrażam. To moje koncepcje, dlatego tak nazwałem tego bloga. Jak się komuś nie podoba to niech to nie wchodzi.
Pozdrawiam, Anonimus