Ta jedyna
„Jestem
napalony. Znowu…” Pierwsza myśl po wyjściu z domu. Jak zwykle zresztą. No,
nieważne w sumie. Ruszyłem drogami Piekła Górnego, jak zwykle żywego i jak
zwykle z niebem pokrytym czerwonymi, kłębiastymi chmurami. Dwa Sig-Sauery w
kaburach pod skórzaną kurtką łatwo się wyciągały. Wiem bo sprawdzałem. 6
magazynków na pasie i 2 w ładownicach. Srebrne kule. Właściwie to nie srebrne,
tylko działające na podobnej zasadzie co pociski rtęciowe, tylko w tulejce
zamiast rtęci miały sproszkowane srebro. Były groźniejsze niż zwykłe pociski
sproszkowane, bo raz rozpryśnięte w ciele nie dawały się tak łatwo wyciągnąć.
Teoretycznie to w ogóle nie dawały się wyciągnąć… Srebrny miecz na plecach,
przypominający wiedźmiński, tylko lepiej wykonany i z potężniejszymi gryfami i
runami. Oczywiście nie z czystego srebra, bo nie dałoby się go dobrze
naostrzyć. Grzał lekko plecy. Był magiczny. Znowu szłem na polowanie…
Do
Czyśćca nie jest wcale tak trudno się dostać. Szczególnie gdy ma się wpływy,
pieniądze, urok i jest się i jest się ostatnim żyjącym Upadłym… Jak zwykle
zerżnąłem sekretarkę w swojej demoniczniejszej postaci… Ta była wyjątkowo
wytrzymała. Pół godziny. To chyba rekord… w sumie to miałem około 100 kochanek.
Każda, bez wyjątku, wyglądała jak ochłap mięsa po nocy spędzonej ze mną…
Zresztą nie spotkałem jeszcze tej jedynej. Jedynej osoby, której poświęciłbym
się bez reszty. Miałem już 400 lat z hakiem, aż do dnia tego pamiętnego
polowania…
Czyściec
to bardzo ponure miejsce. Szare, niemiłe, wilgotne i takie… nijakie. Szare,
błąkające się bez celu dusze po szarych pustkowiach. Mroczna postać, w czarnym
płaszczu, z kapturem zarzuconym na głowę, tak że zasłaniała jej twarz. Wampir.
Ewidentnie. Dwie szable zwisające po bokach. Nie zauważyłem żadnej broni
dalekiego zasięgu. To nie byłoby w ich stylu. Wolą walczyć w zwarciu. Nie
wyjaśniłem jeszcze co tu robił. Robił tu to, co każdy demon. Pożywiał się. Złą
energią wysyłaną przez te dusze. Potrzebnej im po to, żeby się stąd wydostać…
po prawej zobaczyłem jeszcze jedną postać. W białej, skórzanej kurtce. Z
białymi, skórzanymi rękawiczkami, ze srebrnymi ćwiekami. Dwa pałasze u boków,
kusza z metalowym łuczyskiem na plecach. Kołczan pełen bełtów, ze srebrnymi
grotami. Chyba także mnie zauważyła. Myślę, że przyszła tu w tym samym celu, co
ja. Zabijać wampiry. Podeszłem do wampira bliżej. Już wyciągał swe szable. Dwa
pociski z moich pistoletów powstrzymały go przed tym. W końcu bez rąk trochę
ciężko wyciągnąć szable, nieprawdaż? Biała postać podbiegła do niego z gracją,
w biegu wyciągając swe pałasze i siekąc niemiłosiernie krwiopijcę. Poruszała
się szybko, zgrabnie i tak jakby w życiu nic innego nie robiła, tylko kroiła
wampiry…
-
Pięknie walczysz – zagadnąłem.
-
Dziękuję – odrzuciła z czoła ogniście rude włosy, po czym spojrzała na mnie
jadeitowymi oczami, z jakimś… zaciekawieniem? Rozbawieniem? Nie wiem, nie
jestem zbyt dobry w odczytywaniu uczuć Anielic…
Była
bardzo ładna, blada, pokryta słodkimi piegami, z zielonymi oczami i włosami w
odcieniu stopionej miedzi. Miała około 1,70m. Niezbyt wydatne piersi
podkreślały jej szczupłą i wysportowaną figurę. Nie wiem co to było, ale
poczułem coś… czegoś takiego jeszcze nigdy nie czułem. Miłe, ciepłe,
rozgrzewające uczucie, gdy patrzyłem na te jej piegi, na oczy, na drobne
dłonie, wycierające pałasze w płaszcz nieznajomego… była po prostu piękna. Po
kilku godzinach włóczenia się razem po Czyśćcu rozstaliśmy się. Wróciłem do
Piekła z poczuciem, że właśnie zaprzepaściłem swoją szansę na szczęście…
***
Piłem.
Straszliwie. Załamałem się. Nie wiem czemu. Być może sprawiła to owa nie
znajoma? Nawet nie spytałem jak ma na imię… jestem idiotą… kretynem, matołem,
dupkiem! Jak można być takim jełopem jak ja?!
***
Minął miesiąc. Tygodniowa
popijawa na smutno daje o sobie znać. No nic. Czas wziąć się w garść i zrobić
coś produktywnego. Najpierw muszę doprowadzić się do stanu używalności.
Prysznic. Wyleczenie kaca. miecz zarasta kurzem w kącie, tam gdzie rzuciłem go
po pamiętnym polowaniu. Sig-Sauery w kaburach na stole, a obok butelki po
żytniej. Z Polski. Stamtąd jest najlepsza. Muszę wszystko wyczyścić. Uzupełnić
amunicję do pistoletów.
Mogę lecieć. Miecz na plecach.
Sig-Sauery w kaburach. Ładownice są. Wyruszam… z nadzieją, że znowu ją spotkam…
***
Czyściec.
Znowu. Nie zmienił się przez ten miesiąc. Samotne dusze włóczące się bez celu.
Od czasu do czasu pokryte bluszczem drzewo… ogólnie ponury widok. Szukam.
Wypatruję czarnych postaci. Przeszkadza mi w tym bełt przelatujący obok ucha.
Srebrny, skonstatowałem. Odwróciłem się, jednocześnie wyciągając z kabur
Sig-Sauery i już mierząc do mrocznej postaci biegnącej w moją stronę z ledwo co
wyciągniętymi rapierami. Poruszała się z gracją, lekko, zwinnie, typowo
kobiecym krokiem. Wyciągnąłem swój półtoraręczny miecz. Leżał mi w dłoni bardzo
dobrze, w końcu został wykonany na zamówienie.
Walka.
Pot. Krew. Zapach ranionej ciężkimi butami ziemi. Śmiertelny taniec, uprawiany
od wieków, sprawiający że jedna ze stron zginie. Jest dobra. Bardzo dobra.
Atakuje szybko, przemyślanie. Słabnę. Nie mam już sił. Popijawa dała o sobie
znać. Przegrywam. Stoi nade mną z zakrwawionymi rapierami. Ściąga kaptur.
Uśmiecha się. Jest bardzo ładna. Blondynka, długie nogi, niebieskie oczy, z
twarzą anioła. Podoba mi się. Nie tak jak ONA… Co nie zmienia faktu, że jestem
na nią nakręcony.
-
Pokonałaś mnie, pani – mówię cicho. Śmieje się perlistym śmiechem z nutkami
pożądania.
-
Chciałam to zrobić od dawna – przekrzywia filuternie głowę i wachluje
uwodzicielsko rzęsami.
- Co
powiesz na kawę? W ramach nagrody za pokonanie Upadłego? – uśmiecham się
przyjaźnie.
- Czemu
nie? – udając, że się zastanawia chowa rapiery i przykłada długi, niebieski
paznokieć do warg pokrytych różowym błyszczykiem. – Myślę, że tak. Zgadzam się
– uśmiecha się ironicznie.
-
Świetnie. Pozwolisz mi się podnieść, czy dalej mam leżeć na ziemi? – uśmiecham
się krzywo, dając do zrozumienia, że mi trochę niewygodnie.
***
„O
kurwa… gdzie jestem?” Pierwsze pytanie tego dnia ( czy to aby na pewno dzień?)
było dość trafione. Leżałem na czymś miękkim. Tym czymś było łóżko. Zaczyna się
ciekawie… gdyby nie to, że jestem całkowicie nagi, mógłbym uznać, że jestem u
siebie… Ale u siebie niestety nie byłem… Ostatnie wspomnienia, jakie mi zostały
to kawa… z nią. Musiała mi czegoś dosypać do kawy… ja pierdolę… nawet nie wiem,
jak się nazywa… przedstawiała mi się? Nie wiem… pustka. Chyba urwał mi się
film… czego ona mi dosypała?! Ruch w prawym rogu ciemnego pokoju oderwał mnie
od rozmyślania co się stało. Odruchowo sięgnąłem po Sig-Sauera… po czym zorientowałem
się, że go, kurwa, nie mam… zajebiście… po prostu… ja pierdolę!
***
Nagłe
spięcie mięśni i już jestem na nim. Przekrzywiam drapieżnie głowę, po czym
wpatruję się w jego zastygłe z przerażenia oczy. A może tylko udaje? Nieee… nie
potrafiłby tak dobrze grać. Wbrew pozorom poznałam go tej nocy nie tylko od
strony fizjologicznej… czytanie myśli jednak bardzo pożyteczna umiejętność u
wampira…
O borze.
OdpowiedzUsuń10 minut śmiechu na myśl o Piekle Polnym. xD
ej... w sumie to wyobraź sobie Piekło Polne... łąka pełna kwiatów, rzeczka płynąca przez środek, jakieś drzewka... a później iluzja znika i jesteś na wzgórzu. z widokiem na płonące miasto. łuna pożaru, dym i zachód słońca... romantyczne nieprawdaż? dla mnie bardzo. mam nadzieję, że usatysfakcjonowana moją wypowiedzią jesteś, o pani ma...
UsuńPożar... Dym... Śmierć... Sielanka, prawda? :)
UsuńPoza tym, dlaczego Twoje "D" wygląda jak "P"? To utrudnia czytanie... I powoduje takie pomyłki, jak Piekło Polne. xD
to był jednorazowy przypadek... nie obwiniaj mnie! to nie moja wina! ;-;
UsuńHaha, przecież ja Cię o nic nie obwiniam. :3
Usuńtaa... teraz się tłumacz :P
OdpowiedzUsuń