piątek, 20 czerwca 2014

Ta jedyna
                „Jestem napalony. Znowu…” Pierwsza myśl po wyjściu z domu. Jak zwykle zresztą. No, nieważne w sumie. Ruszyłem drogami Piekła Górnego, jak zwykle żywego i jak zwykle z niebem pokrytym czerwonymi, kłębiastymi chmurami. Dwa Sig-Sauery w kaburach pod skórzaną kurtką łatwo się wyciągały. Wiem bo sprawdzałem. 6 magazynków na pasie i 2 w ładownicach. Srebrne kule. Właściwie to nie srebrne, tylko działające na podobnej zasadzie co pociski rtęciowe, tylko w tulejce zamiast rtęci miały sproszkowane srebro. Były groźniejsze niż zwykłe pociski sproszkowane, bo raz rozpryśnięte w ciele nie dawały się tak łatwo wyciągnąć. Teoretycznie to w ogóle nie dawały się wyciągnąć… Srebrny miecz na plecach, przypominający wiedźmiński, tylko lepiej wykonany i z potężniejszymi gryfami i runami. Oczywiście nie z czystego srebra, bo nie dałoby się go dobrze naostrzyć. Grzał lekko plecy. Był magiczny. Znowu szłem na polowanie…
                Do Czyśćca nie jest wcale tak trudno się dostać. Szczególnie gdy ma się wpływy, pieniądze, urok i jest się i jest się ostatnim żyjącym Upadłym… Jak zwykle zerżnąłem sekretarkę w swojej demoniczniejszej postaci… Ta była wyjątkowo wytrzymała. Pół godziny. To chyba rekord… w sumie to miałem około 100 kochanek. Każda, bez wyjątku, wyglądała jak ochłap mięsa po nocy spędzonej ze mną… Zresztą nie spotkałem jeszcze tej jedynej. Jedynej osoby, której poświęciłbym się bez reszty. Miałem już 400 lat z hakiem, aż do dnia tego pamiętnego polowania…
                Czyściec to bardzo ponure miejsce. Szare, niemiłe, wilgotne i takie… nijakie. Szare, błąkające się bez celu dusze po szarych pustkowiach. Mroczna postać, w czarnym płaszczu, z kapturem zarzuconym na głowę, tak że zasłaniała jej twarz. Wampir. Ewidentnie. Dwie szable zwisające po bokach. Nie zauważyłem żadnej broni dalekiego zasięgu. To nie byłoby w ich stylu. Wolą walczyć w zwarciu. Nie wyjaśniłem jeszcze co tu robił. Robił tu to, co każdy demon. Pożywiał się. Złą energią wysyłaną przez te dusze. Potrzebnej im po to, żeby się stąd wydostać… po prawej zobaczyłem jeszcze jedną postać. W białej, skórzanej kurtce. Z białymi, skórzanymi rękawiczkami, ze srebrnymi ćwiekami. Dwa pałasze u boków, kusza z metalowym łuczyskiem na plecach. Kołczan pełen bełtów, ze srebrnymi grotami. Chyba także mnie zauważyła. Myślę, że przyszła tu w tym samym celu, co ja. Zabijać wampiry. Podeszłem do wampira bliżej. Już wyciągał swe szable. Dwa pociski z moich pistoletów powstrzymały go przed tym. W końcu bez rąk trochę ciężko wyciągnąć szable, nieprawdaż? Biała postać podbiegła do niego z gracją, w biegu wyciągając swe pałasze i siekąc niemiłosiernie krwiopijcę. Poruszała się szybko, zgrabnie i tak jakby w życiu nic innego nie robiła, tylko kroiła wampiry…
                - Pięknie walczysz – zagadnąłem.
                - Dziękuję – odrzuciła z czoła ogniście rude włosy, po czym spojrzała na mnie jadeitowymi oczami, z jakimś… zaciekawieniem? Rozbawieniem? Nie wiem, nie jestem zbyt dobry w odczytywaniu uczuć Anielic…
                Była bardzo ładna, blada, pokryta słodkimi piegami, z zielonymi oczami i włosami w odcieniu stopionej miedzi. Miała około 1,70m. Niezbyt wydatne piersi podkreślały jej szczupłą i wysportowaną figurę. Nie wiem co to było, ale poczułem coś… czegoś takiego jeszcze nigdy nie czułem. Miłe, ciepłe, rozgrzewające uczucie, gdy patrzyłem na te jej piegi, na oczy, na drobne dłonie, wycierające pałasze w płaszcz nieznajomego… była po prostu piękna. Po kilku godzinach włóczenia się razem po Czyśćcu rozstaliśmy się. Wróciłem do Piekła z poczuciem, że właśnie zaprzepaściłem swoją szansę na szczęście…
***
                Piłem. Straszliwie. Załamałem się. Nie wiem czemu. Być może sprawiła to owa nie znajoma? Nawet nie spytałem jak ma na imię… jestem idiotą… kretynem, matołem, dupkiem! Jak można być takim jełopem jak ja?!
***
Minął miesiąc. Tygodniowa popijawa na smutno daje o sobie znać. No nic. Czas wziąć się w garść i zrobić coś produktywnego. Najpierw muszę doprowadzić się do stanu używalności. Prysznic. Wyleczenie kaca. miecz zarasta kurzem w kącie, tam gdzie rzuciłem go po pamiętnym polowaniu. Sig-Sauery w kaburach na stole, a obok butelki po żytniej. Z Polski. Stamtąd jest najlepsza. Muszę wszystko wyczyścić. Uzupełnić amunicję do pistoletów.
Mogę lecieć. Miecz na plecach. Sig-Sauery w kaburach. Ładownice są. Wyruszam… z nadzieją, że znowu ją spotkam…
***
                Czyściec. Znowu. Nie zmienił się przez ten miesiąc. Samotne dusze włóczące się bez celu. Od czasu do czasu pokryte bluszczem drzewo… ogólnie ponury widok. Szukam. Wypatruję czarnych postaci. Przeszkadza mi w tym bełt przelatujący obok ucha. Srebrny, skonstatowałem. Odwróciłem się, jednocześnie wyciągając z kabur Sig-Sauery i już mierząc do mrocznej postaci biegnącej w moją stronę z ledwo co wyciągniętymi rapierami. Poruszała się z gracją, lekko, zwinnie, typowo kobiecym krokiem. Wyciągnąłem swój półtoraręczny miecz. Leżał mi w dłoni bardzo dobrze, w końcu został wykonany na zamówienie.
                Walka. Pot. Krew. Zapach ranionej ciężkimi butami ziemi. Śmiertelny taniec, uprawiany od wieków, sprawiający że jedna ze stron zginie. Jest dobra. Bardzo dobra. Atakuje szybko, przemyślanie. Słabnę. Nie mam już sił. Popijawa dała o sobie znać. Przegrywam. Stoi nade mną z zakrwawionymi rapierami. Ściąga kaptur. Uśmiecha się. Jest bardzo ładna. Blondynka, długie nogi, niebieskie oczy, z twarzą anioła. Podoba mi się. Nie tak jak ONA… Co nie zmienia faktu, że jestem na nią nakręcony.
                - Pokonałaś mnie, pani – mówię cicho. Śmieje się perlistym śmiechem z nutkami pożądania.
                - Chciałam to zrobić od dawna – przekrzywia filuternie głowę i wachluje uwodzicielsko rzęsami.
                - Co powiesz na kawę? W ramach nagrody za pokonanie Upadłego? – uśmiecham się przyjaźnie.
                - Czemu nie? – udając, że się zastanawia chowa rapiery i przykłada długi, niebieski paznokieć do warg pokrytych różowym błyszczykiem. – Myślę, że tak. Zgadzam się – uśmiecha się ironicznie.
                - Świetnie. Pozwolisz mi się podnieść, czy dalej mam leżeć na ziemi? – uśmiecham się krzywo, dając do zrozumienia, że mi trochę niewygodnie.
***
                „O kurwa… gdzie jestem?” Pierwsze pytanie tego dnia ( czy to aby na pewno dzień?) było dość trafione. Leżałem na czymś miękkim. Tym czymś było łóżko. Zaczyna się ciekawie… gdyby nie to, że jestem całkowicie nagi, mógłbym uznać, że jestem u siebie… Ale u siebie niestety nie byłem… Ostatnie wspomnienia, jakie mi zostały to kawa… z nią. Musiała mi czegoś dosypać do kawy… ja pierdolę… nawet nie wiem, jak się nazywa… przedstawiała mi się? Nie wiem… pustka. Chyba urwał mi się film… czego ona mi dosypała?! Ruch w prawym rogu ciemnego pokoju oderwał mnie od rozmyślania co się stało. Odruchowo sięgnąłem po Sig-Sauera… po czym zorientowałem się, że go, kurwa, nie mam… zajebiście… po prostu… ja pierdolę!
***

                Nagłe spięcie mięśni i już jestem na nim. Przekrzywiam drapieżnie głowę, po czym wpatruję się w jego zastygłe z przerażenia oczy. A może tylko udaje? Nieee… nie potrafiłby tak dobrze grać. Wbrew pozorom poznałam go tej nocy nie tylko od strony fizjologicznej… czytanie myśli jednak bardzo pożyteczna umiejętność u wampira… 

6 komentarzy:

  1. O borze.
    10 minut śmiechu na myśl o Piekle Polnym. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ej... w sumie to wyobraź sobie Piekło Polne... łąka pełna kwiatów, rzeczka płynąca przez środek, jakieś drzewka... a później iluzja znika i jesteś na wzgórzu. z widokiem na płonące miasto. łuna pożaru, dym i zachód słońca... romantyczne nieprawdaż? dla mnie bardzo. mam nadzieję, że usatysfakcjonowana moją wypowiedzią jesteś, o pani ma...

      Usuń
    2. Pożar... Dym... Śmierć... Sielanka, prawda? :)

      Poza tym, dlaczego Twoje "D" wygląda jak "P"? To utrudnia czytanie... I powoduje takie pomyłki, jak Piekło Polne. xD

      Usuń
    3. to był jednorazowy przypadek... nie obwiniaj mnie! to nie moja wina! ;-;

      Usuń
    4. Haha, przecież ja Cię o nic nie obwiniam. :3

      Usuń
  2. taa... teraz się tłumacz :P

    OdpowiedzUsuń